Po szczycie w Brukseli. Polska przegrała podwójnie

Gru 14, 2020

O konsekwencjach, jakie dla górnictwa, hutnictwa, przemysłu cementowego i innych branż energochłonnych może nieść decyzja przywódców państw członkowskich Unii Europejskiej (UE) w sprawie zaostrzenia "polityki klimatycznej", rozmawiamy z przewodniczącym Krajowej Sekcji Górnictwa Węgla Kamiennego (KSGWK) NSZZ "Solidarność" Bogusławem Hutkiem.

 

* * *

 

Solidarność Górnicza: - Jak górnicza "Solidarność" przyjęła doniesienia, które w ubiegłym tygodniu dotarły do nas z Brukseli, kiedy premier Mateusz Morawiecki ogłosił sukces związany z negocjacjami dotyczącymi przyszłego unijnego budżetu oraz tak zwanego funduszu odbudowy po pandemii, a zaraz potem poinformował o przyjęciu zaostrzonej wersji "polityki klimatycznej" UE?

Bogusław Hutek, przewodniczący KSGWK NSZZ "Solidarność": - Z niedowierzaniem i zaskoczeniem, bo przez kilka tygodni trwał polityczny i medialny spektakl odnoszący się do wspomnianych kwestii budżetowych oraz mechanizmu łączącego przyznawanie unijnych środków w powiązaniu z "praworządnością", o tym natomiast, że podczas szczytu będą poruszane kwestie klimatyczne, nie mówił nikt. Co gorsza, pan premier zaczął przedstawiać szkodliwe dla polskiej gospodarki decyzje jako sukces. Osobiście uważam to za skandal, bo polski rząd, nie informując o niczym obywateli, zgodził się na przyspieszoną likwidację wszystkich branż energochłonnych - górnictwa, energetyki węglowej, hutnictwa czy przemysłu cementowego - w zamian za niezbyt jasno wyrażoną zgodę najsilniejszych państw Unii Europejskiej, by mechanizm wiązania unijnych środków z "praworządnością" nieco ograniczyć. Już dzisiaj zatem mówię - Polska przegrała podwójnie. Najmocniejsi gracze unijni, jeśli tylko będą tego chcieli, ów mechanizm i tak wdrożą, a na dziś zyskali tyle, że Polacy własnymi rękami, ściślej mówiąc - rękami własnego rządu - "doklepali" szybszą likwidację istotnej części swojej gospodarki.

SG: - Jak to może wyglądać w praktyce? Czy zobowiązanie, że do roku 2030 UE zmniejszy emisję gazów cieplarnianych o 55 procent, a nie o 40 proc. (w stosunku do 1990 r.), ma z perspektywy Polski i polskich przedsiębiorstw - i tak już przecież zmuszonych do odprowadzania swoistego podatku w ramach systemu handlu emisjami - większe znaczenie?

BH: - Dla wielu zakładów zobowiązanie UE do redukcji emisji o 55 proc. oznaczać będzie ostateczny upadek. Inne przedsiębiorstwa - te, które w ogóle przetrwają - popadną w jeszcze większe kłopoty, w jeszcze trudniejszą sytuację ekonomiczną. Jeśli chodzi o branże energochłonne - górnictwo węgla kamiennego, górnictwo węgla brunatnego, energetykę węglową - nie ma firmy, który na tym nie straci. Już teraz, kiedy to zobowiązanie wynosi 40 proc., część podmiotów przestała sobie dawać radę, a prywatni inwestorzy, którzy liczą każdą złotówkę, każdego dolara i każde euro, zapowiadają otwarcie, że wycofają się z naszego kraju. Podniesienie progu redukcji do 55 proc. w zasadzie przesądza o realizacji tych zapowiedzi. Choć powinniśmy się rozwijać, "gonić Europę", polski rząd zgodził się na rozwiązania, które obniżą atrakcyjność inwestycyjną naszego kraju - i tak już przecież niezbyt przyjaznego przedsiębiorcom. Tutaj dochodzimy do sedna sprawy ze związkowego punktu widzenia. Uderzenie w przedsiębiorców oznaczać będzie likwidację setek tysięcy miejsc pracy. Musimy sobie zdać sprawę z tego, że właśnie zostaliśmy "przehandlowani" w Brukseli w zamian za niejasne deklaracje odnośnie mechanizmu wiązania wypłaty unijnych środków z "praworządnością". I to zrobił premier, który jest posłem ze Śląska, z okręgu katowickiego, gdzie firmy z branż energochłonnych są znaczącymi pracodawcami i podatnikami, gdzie tysiące ludzi w tych firmach pracuje, a wspierał go w tym wicepremier Jarosław Kaczyński, który nieustannie mówi o znaczeniu suwerenności, w tym suwerenności gospodarczej. Smutny paradoks.

SG: - A co z argumentem, że wszelkie straty uda się pokryć środkami, jakie powinniśmy otrzymać w ramach unijnego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji? Według premiera Mateusza Morawieckiego, ale również ministra klimatu i środowiska Michała Kurtyki, mamy szansę na otrzymanie około 230 miliardów złotych? To mało?

BH: - Wszystko zależy od tego, gdzie te pieniądze pójdą. Bajanie ministra Kurtyki o tym, że powstaną setki tysięcy miejsc pracy w sektorze odnawialnych źródeł energii, jest tylko bajaniem. Pieniądze z funduszu transformacyjnego w jakichś 60-70 proc. pójdą do firm specjalizujących się w budowie farm wiatrowych, farm fotowoltaicznych czy elektrowni atomowych. Przecież tam z pewnością nie powstanie tyle miejsc pracy, ile zostanie utraconych w branżach energochłonnych. Mało tego, wspomniane firmy będą w większości pochodzenia obcego, przez co pieniądze z funduszu wrócą do państw najbogatszych. My natomiast pozostaniemy ze zdewastowanym górnictwem, hutnictwem i przemysłem cementowym oraz dużym bezrobociem. Jeśli ktoś dobrze pamięta lata 90-te XX wieku, może odnieść wrażenie, że mamy "powtórkę z rozrywki". Zachód próbuje pozbawić nas tego, co jeszcze udało się ocalić, zapewniając przy tym kolejne rynki zbytu swoim firmom, a polski rząd się na to ochoczo zgadza. I jeszcze jedna ciekawostka w tych smutnych okolicznościach - mamy żywy dowód na to, jak silne w Europie jest lobby gazowe. Gaz został uznany za paliwo "przejściowe", dzięki czemu nadal będzie stosowany, na czym skorzystają Niemcy i Rosjanie. Pani kanclerz Angela Merkel znów odniosła sukces, którym się nawet zbytnio nie chwali, za to polski rząd właśnie zgodził się na "dorżnięcie" znaczącej części polskiej gospodarki i jednocześnie ogłosił, że zrobił coś dobrego. To byłoby nawet śmieszne, gdyby nie było tragiczne. Polska delegacja na unijny szczyt działała podobno zgodnie z racją stanu. A ja zadaję pytanie panu premierowi Mateuszowi Morawieckiemu i panu wicepremierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu - zgodnie z czyją racją stanu?

SG: - Dziękujemy za rozmowę.

 

rozmawiał: MJ