* * *
W tym roku obchodzimy 45. rocznicę porozumienia w Jastrzębiu-Zdroju, które stało się częścią historii Polski i "Solidarności". Dla dziejów Związku nie ma znaczenia, czy sierpniowe porozumienia w Szczecinie, Gdańsku albo wrześniowe porozumienie w Jastrzębiu-Zdroju jest ważniejsze czy bardziej pamiętane. Dla nas, robotników w 1980 roku, powstanie NSZZ "Solidarność" stało się zaczątkiem rozpadu systemu komunistycznego i początkiem polskiej pokojowej drogi do wolności, demokracji i niepodległości.
Wówczas - jako 21-letni młody górnik z ledwie rocznym stażem - wraz z milionami Polaków uwierzyłem, że "Solidarność" jest społeczną odpowiedzią na zakłamanie systemu komunistycznego tłumiącego każdy przejaw wolności i demokracji w Polsce.
Dziś - jako doświadczony człowiek z ponad 45-letnim stażem pracy - mogę z dumą opowiadać, że byłem świadkiem tych pięknych dni w dziejach narodu, a następnie - wraz z "Solidarnością" - dojrzewałem, przeżywając gorycz stanu wojennego, próbę wymazania ruchu "Solidarności" z rzeczywistości lat 80-tych, a następnie upadek systemu komunistycznego po 1989 roku na skutek zwycięstwa idei "Solidarności" w Polsce.
Następnie obserwowałem rok po roku kolejne rocznice powstania naszej "Solidarności", które obchodziliśmy pod pomnikiem przy KWK "Zofiówka" w trudnych realiach społecznych i gospodarczych kolejnych dekad odtworzonej, niepodległej III Rzeczypospolitej. Z tej perspektywy widziałem, że postulaty zgłoszone przez jastrzębski Międzyzakładowy Komitet Strajkowy wciąż są aktualne i wymagają pełnej realizacji bez względu na to, jak krętą drogę przebyła polska demokracja w latach 1989-2025.
3 września 2025 roku właściwie spotkaliśmy się w podobnym gronie kolegów i działaczy śląskiej "Solidarności" oraz reprezentujących nasz region polityków różnych opcji politycznych. Zwracam uwagę na ważną i wciąż aktualną rolę zgłoszonych przez górników 45 lat temu w Jastrzębiu-Zdroju postulatów solidaryzmu społecznego w obszarze świadczeń zdrowotnych i rodzinnych, prawa do emerytury dla górników z racji osiągniętego stażu pracy, wolnych sobót dla wszystkich pracowników, równego poziomu płacy minimalnej w kraju i innych uprawnień, które stały się podstawą prawa pracy obowiązującego w Polsce. To o tyle istotne, że od lat musimy się upominać, aby postulaty "Solidarności" sprzed 45 lat były obecne w życiu publicznym, stanowiąc podstawowe zasady funkcjonowania rynku pracy w wolnej, demokratycznej Polsce.
Nie przypadkiem o tym przypominam z okazji rocznicy Porozumienia Jastrzębskiego, bo nie ma lepszego miejsca na upomnienie się o podstawowe prawa pracownicze w niepodległej i demokratycznej Polsce niż plac przed kopalnią "Zofiówka" w Jastrzębiu-Zdroju. I nie ma znaczenia, że przedstawiciele rządu od dwóch lat omijają nasze jastrzębskie obchody, a dla części regionalnych parlamentarzystów udział w nich jest spełnieniem fasadowego obowiązku. Zresztą, nieraz w przeszłości bywało, że parlamentarzyści i politycy bliscy - zdawałoby się - ideałom "Solidarności" albo wręcz zabiegający o poparcie naszego Związku w wyborach, traktowali udział w obchodach polskiego Sierpnia jako okazję do reklamy w mediach czy na portalach internetowych, a chwilę później, już w warszawskich kuluarach sejmowych czy rządowych, głośno krytykowali pracownicze postulaty socjalne czy płacowe. Trudno, nie możemy przecież zabronić chętnym gościom udziału w święcie NSZZ "Solidarność", nawet jeśli jest to z ich strony pusty gest. Czasami dobrze, że jednak są, bo dzięki temu mogą sobie przypomnieć, na jakich fundamentach powstała współczesna polska demokracja - że nie wyrosła na gruzach postkomunizmu i nie została importowana z salonów Brukseli czy Berlina, lecz nastała wolą Polaków popierających program i ideę "Solidarności" na przestrzeni 45 lat działalności Związku.
Jednak trudno zaprzeczyć, że 36 lat wolnej Polski to nie był łaskawy czas dla świata pracy w Polsce, dla naszych rodzin czy społeczności lokalnych związanych z tradycyjnymi ośrodkami przemysłowymi i gospodarczymi.
Tak się stało, że pozwoliliśmy, aby rządy w Polsce od przełomu 1989 roku były zdominowane przez polityków wierzących w liberalizm wolnorynkowy, który miał być według nich jedyną dostępną formą władzy w odrodzonej polskiej demokracji.
To "Solidarność" po 1989 roku roztoczyła nad reformami rządu Mazowieckiego "parasol ochronny". Zamiast pracowników, broniła wolnorynkowych przemian i programu prywatyzacji. Wówczas nie wiedziałem, że zamiast realizacji idei "Polski solidarnej", poparliśmy liberalny "plan Balcerowicza" czyli spadek realnych dochodów pracowników i obniżenie jakości życia milionów Polaków.
Daliśmy się uwieść mirażom polityków, którzy na idei opozycji zjednoczonej pod sztandarem "Solidarności" weszli do parlamentu, następnie przejęli rządy i milionom pracujących Polaków wmówili, że zamiast "Solidarności" ważniejsza jest transformacja i gospodarka wolnorynkowa. Dziś już wiemy, że liczna grupa polityków, wyznawców neoliberalnych zaklęć, świadomie uznała, że idee głoszone przez NSZZ "Solidarność" nie mieszczą się w ich wizji polskiej demokracji, gdzie istnieje podział na "lepszą" klasę właścicieli i tę drugą, "gorszą" Polskę robotników oraz świata pracy.
Zamiast wspólnego dobra i działań na rzecz rozwoju, otrzymaliśmy Polskę wolnego kapitału, aby liberalne elity osiągnęły jak największe zyski w jak najkrótszym czasie, do tego kosztem robotników, rolników czy ludzi z mniejszych miejscowości.
Liberalne rządy po 1989 roku, które pod nośnym hasłem "lepszej Polski" dorwały się do władzy, zawsze realizowały hasła tak zwanego wolnego rynku: prywatyzację, deregulację i cięcia socjalne. Towarzyszyła temu wszystkiemu złodziejska grabież majątku narodowego, którą dla niepoznaki w liberalnej nowomowie nazywano transformacją lub restrukturyzacją.
Polscy liberałowie, których twarze znamy od 30 lat i którzy dalej się przewijają w życiu publicznym, skupieni w formacji "obywatelskiej", próbują zawłaszczyć pojęcia demokracji i równości, uzasadniając istnienie społecznych nierówności istniejących w wyniku przeprowadzenia neoliberalnych reform i prywatyzacji. Wmawiają nam, że bronią wartości demokratycznych, a tak naprawdę są ludźmi, którzy wolą krótkoterminowe zyski od długoterminowego rozwoju instytucji i państwa polskiego, stojącego na straży demokracji, wolności i sprawiedliwości społecznej. Dla maksymalnego zysku osiągniętego w jak najkrótszym czasie niszczą całe gałęzie przemysłu i instytucje, które istniały przez wiele lat. Nas, górników, mieszkańców przemysłowego Śląska, próbują przekonać, że robią to w społecznym interesie, a swoje poczynania ubierają w propagandowe hasła "zielonej energii" czy "zrównoważonego rozwoju gospodarczego".
W tej doktrynie władzy nie było i nie ma miejsca na ideę "Solidarności" czy odpowiedzialnego solidaryzmu społecznego. Rządzący politycy, jak pewien premier z Sopotu, cynicznie wskazują na gabloty Europejskiego Centrum Wolności przy Stoczni Gdańskiej jako miejsce właściwe dla sztandarów Związku, a inni potakiwacze - reprezentujący demokrację ze zbędnym przymiotnikiem - równie bezmyślnie powtarzają frazesy o pięknej historycznej roli "Solidarności".
Nasza wizja demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego nie dzieli Polaków na wyznawców demokracji liberalnej, walczącej, praworządnej czy jakiejkolwiek innej, lecz opiera się na podstawowej wartości równości i wolności obywateli zapisanej w prawach demokracji przedstawicielskiej jako podstawowej formy systemu władzy. My, jako ludzie "Solidarności", uzupełniamy polską demokrację o ważne dla każdego europejskiego społeczeństwa chrześcijańskie wartości połączone z solidaryzmem i równością społeczną.
Te prawdziwe demokratyczne wartości zostały poddane propagandowej manipulacji przez wszystkie liberalne rządy w Polsce. Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że walcząc o interes pracowników czy broniąc naszych miejsc pracy, stanowimy zagrożenie dla wolności Polski i zasad demokracji. Kiedy protestujemy lub pokazujemy alternatywę w postaci ochrony gospodarki narodowej, to słyszymy od liberalnej władzy, że jesteśmy populistami.
W neoliberalnej, "lepszej" Polsce, nie ma miejsca na realizację strategii przemysłowej lub rolnej, które nie są spójne i komplementarne z dalszą integracją tak zwanej gospodarki globalnej. Pod liberalnym monopolem władzy politycznej i gospodarczej inicjatywy obywatelskie nie mają prawa funkcjonować, a nam nie wolno podejmować żadnych prospołecznych działań.
Tu jednak liberałowie się przeliczą, bo nie ma znaczenia, ile lat minie od podpisania Porozumienia Jastrzębskiego, Szczecińskiego czy Gdańskiego. Będę obchodził je z kolegami - górnikami rozpoczynającymi pracę na kopalni "Pniówek" w okresie zrywu ludzi "Solidarności" - a potem zastąpi nas pokolenie kolegów urodzonych po 1980 roku. Zawsze będziemy reprezentować ideę "Solidarności" - ruchu społecznego broniącego demokracji, godności i wartości pracy opartej na 1000-letnim chrześcijańskim dziedzictwie naszej Ojczyzny. Mogę być nazywany w propagandowej tubie władzy populistą i innym antydemokratycznym szkodnikiem, lecz nigdy nie odbiorą mi i Wam patriotyzmu oraz szacunku dla idei "Solidarności" i solidaryzmu społecznego.
"Solidarność" zawsze była i jest nadal żywą koncepcją społeczeństwa obywatelskiego, a my byliśmy, jesteśmy i będziemy obrońcami autentycznej demokracji wymagającymi od każdej władzy realizacji zasad sprawiedliwości społecznej i ekonomicznej. Dlatego - w imię dziedzictwa "Solidarności" - musimy głośno żądać narodowej strategii przemysłowej połączonej z taką polityką rynku pracy, w której wszyscy pracownicy są szanowani, a godność i prawa pracy stanowią konstytucyjną wartość nadrzędną.
Mówimy "nie" tym politykom czy liberalnym tak zwanym menedżerom, którzy aktualnie zarządzają naszym przemysłem i dla których wszystko jest towarem, włącznie z człowiekiem pracy. Nasze miejsca pracy, nasz węgiel i inne surowce dane nam przez przyrodę są wspólną wartością narodową i gospodarczym dobrem wspólnym. Dotyczy to również kopalń i zakładów tworzących Jastrzębską Spółkę Węglową oraz pozostałych ośrodków przemysłowych na Górnym Śląsku.
Słowa te w szczególności dedykuję Zarządowi JSW SA, osobom prawie rok temu wprowadzonym przez aktualną koalicję rządową do zarządów spółek Grupy Kapitałowej JSW SA i na inne stanowiska zarządcze w naszym otoczeniu. Nawet jestem w stanie wysłuchać z pobłażaniem tych rewolucyjnych ekonomicznych reformatorów od restrukturyzacji przemysłu, którzy na politycznym poparciu próbują nam udowodnić wyższość teorii liberalnych nad praktyką pracy w przemyśle węglowym. Ostatnie zmiany kadrowe w Zarządzie JSW SA - dokonane w przededniu tegorocznych obchodów rocznicowych - były takim podarunkiem władzy wobec postulatów ekonomicznych górniczej "Solidarności" lub potwierdzeniem moich poglądów, że takim zarządzaniem polskim przemysłem liberalny rząd tylko pogłębi kryzys sektora wydobywczego. Za długo pracuję, żeby uznać, że jedyną metodą działania przywiezionych w rządowej teczce świeżo urodzonych ekspertów od zarządzania górnictwem jest wywołanie konfliktu ze środowiskiem związkowym (kto lepiej w tej liberalnej teorii zarządzania pasuje na wroga niż sami pracownicy?). Dlatego jeden - na szczęście już były - wiceprezes, zamiast pilnować interesów JSW, jeździł w okresie kampanii prezydenckiej po kopalniach, aresztując na bramach wejściowych wydanie miesięcznika Solidarność Górnicza z dr. Karolem Nawrockim na stronie tytułowej, bo samo istnienie gazety uznał za prowadzenie kampanii wyborczej wymierzonej chyba w liberalno-tuskowy rząd.
Zdaję sobie sprawę, że to dobrze wygląda w relacji TVN czy innej prorządowej tubie medialnej przeznaczonej dla tych, co "wierzą i nie muszą sprawdzać", ale na dłuższą metę nie da się ukryć, że bez sprawnego i dobrego zarządzania nie da się kierować przemysłem. Tutaj zawsze liberalna teoria wolnego rynku rozbije się o interes Skarbu Państwa czy społeczny wymiar pracy, a dbanie o te właśnie obszary jest podstawowym zadaniem władzy publicznej w sferze gospodarki narodowej. Wystarczy prześledzić los śląskich kopalń po 1989 roku pod rządami liberałów i porównać do sytuacji przemysłu w latach 2015-2023, kiedy władzę sprawowali "populiści" ze Zjednoczonej Prawicy.
Nie oczekuję formułowania jakikolwiek ocen od politycznych decydentów przy władzy czy prezesów. To niech sobie zostawią na partyjne zloty. Bezwzględnie natomiast oczekuję tego, że w swoich decyzjach zarządczych będą się kierowali gospodarczym interesem państwa, które przecież reprezentują.
Jednocześnie musimy walczyć o suwerenność demokratyczną. To my tworzymy wspólnotę narodową. Jako Polacy powinniśmy mieć wpływ na to, w jakim państwie żyjemy i jaka jest jakość naszej demokracji. Niedawno, niecałe trzy miesiące temu, naszą wolę wyraziliśmy w wyborach prezydenckich, wybierając dr. Karola Nawrockiego na urząd Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej. Nie pozwoliliśmy odebrać Polakom demokracji na rzecz dyktatury neoliberalnej, wieloprzymiotnikowej demokracji łamiącej prawo chociażby do wolności słowa.
Nie ma i nie będzie wolnej gospodarki w Polsce bez uwolnienia jej spod kurateli liberalnych polityków reprezentujących raczej niepolskie interesy. I jak przez lata w sierpniowe rocznice wszędzie wybrzmiewa hasło "Nie ma wolności bez »Solidarności«", tak teraz musimy głośno zażądać gospodarki wolnej od wpływów liberalnej władzy.
W nadchodzących latach zdecydujemy, jakiej władzy chcemy i tego prawa wyboru nie pozbawi nas nawet najlepsza liberalna propaganda "lepszej Polski". Wierzę w zdrowy rozsądek Polaków, dlatego wzywam wszystkich ludzi wiernych idei "Solidarności", żebyśmy wspólnie bronili Polski wolnej, suwerennej i demokratycznej. Po to, żeby kolejne rocznice porozumień jastrzębskich nie były rocznicową akademią, lecz żywą dyskusją publiczną wolnego narodu o własnej przyszłości w cieniu polskich kopalń.
Sławomir Kozłowski